30.06.2015

Rozdział 25

Budzę się i powoli podnoszę głowę. Orientuję się, że jestem w samochodzie i spoglądam w lewą stronę. Za kierownicą siedzi Justin i skupia uwagę na drodze. Jest spięty, zaciska szczękę i po chwili rozluźnia. Ten ruch powtarza kilka razy i kręci głową, jakby chciał coś z niej wyrzucić. Przenoszę dłoń na jego udo i ściskam delikatnie. Gwałtownie przekręca głowę i nasze oczy się spotykają. Od razu posyłam mu lekki uśmiech i upajam się jego widokiem. Jest tutaj... siedzi obok mnie, ale dostrzegam zmęczenie na jego twarzy. Jest przybity, smutny i ma podkrążone oczy. Co jest?
- Już prawie jesteśmy na miejscu, Skarbie. Jeszcze pięć minut i będziesz w szpitalu.
- Nie chcę jechać do szpitala, zawieź mnie do domu - mówię cicho i czuję, jak zaschło mi w gardle.
- Nie ma opcji, Camille... - och, jak dobrze usłyszeć swoje imię z jego ust - Musi obejrzeć Cię lekarz.
- Proszę... chcę jechać do domu. Nic mi nie jest, czuję się dobrze. Tylko trochę boli mnie głowa.
- Serio? Wyglądasz tragicznie! - złości się, zaciska dłonie na kierownicy i wzdycha ciężko.
- Dziękuję za komplement - uśmiecham się lekko, ale tym razem moje policzki nie oblewają się rumieńcami. Justin szybko na mnie spogląda i z powrotem patrzy na drogę. Dopiero teraz jedną dłoń przenosi na moją, którą wciąż trzymam na jego udzie. Bierze ją i składa na niej czuły pocałunek. Zaciskam usta, bo chce mi się płakać ze szczęścia. Widzę go, czuję jego usta na mojej dłoni i tylko to jest teraz dla mnie ważne. Udało się, dałam radę uciec od Liama. Już po wszystkim - Kocham Cię... - mówię to praktycznie szeptem i nawet nie wiem, czy mnie usłyszał.
- Ja Ciebie też kocham, maleńka... najmocniej na świecie - uśmiecham się i zamykam oczy. Czekałam na to, aby usłyszeć to z jego ust - Jeszcze chwilka, Kochanie. Bądź dzielna.
- Proszę, nie jedź do szpitala. Chcę do domu, Justin.
- Przykro mi, musisz tam trafić. Masz całą twarz w siniakach, to trzeba opatrzyć.
- To tylko siniaki... - ledwo mówię, jestem taka zmęczona - Justin... - zaczynam, ale nie daje mi skończyć.
- Błagam Cię, Camille... nie utrudniaj mi tego, dobrze? Jestem wściekły, ledwo panuję nad sobą i kiedy widzę Cię w takim stanie, po prostu moje serce roztrzaskuje się na kawałki - nic nie odpowiadam.

Nie wiem kiedy zasnęłam, ale czuję jak moje ciało się unosi. Otwieram oczy i widzę Justina, który niesie mnie do jakiegoś budynku. Wchodzimy do środka i mówi pielęgniarce jaka jest sytuacja. 
Zrywa się na równe nogi i przechodzimy do gabinetu lekarza. Widzę jego zszokowane spojrzenie i zastanawiam się, czy jest aż tak źle?
- Proszę ją tutaj położyć - słyszę obcy głos i przede mną pojawia się młody doktor - Co się stało? - Justin opowiada, chociaż nie ma bladego pojęcia co zrobił Liam. Jednak czy to nie oczywiste? Moja twarz mówi praktycznie wszystko - Camille - lekarz wymawia moje imię i przekręcam głowę, aby na niego spojrzeć - Czy boli Cię coś?
- Twarz, brzuch i warga... - odpowiadam cicho.
- Czy coś oprócz tego, masz jeszcze jakieś obrażenia?
- Nie, raczej nie. Wszystko jest dobrze, nic mi nie jest. Chcę do domu...
- Spokojnie - dotyka mojego nadgarstka i spogląda na zegarek - Puls w normie, jeszcze zmierzę ciśnienie - zakłada na moje ramię mankiet i zapina rzep. Wciska guziczek na wyświetlaczu i po chwili jest po wszystkim - Tutaj też wszystko w normie. Dobrze, jeszcze zlecę zrobienie prześwietlenia żeby upewnić się, że nie ma żadnego złamania.
- Doktorze... - zaczynam, ale trudno mi mówić przez zaschnięte gardło - Nic mi nie jest, naprawdę.
- Jest w szoku, to normalne po takich typu akcjach. Zrobimy prześwietlenie i podamy kroplówkę na wzmocnienie.
- Dobrze. Poczekam na korytarzu - słyszę głos Justina, który do mnie podchodzi - Będę czekał, nie bój się - pochyla się i cmoka mnie w czoło - Będę przy Tobie cały czas - uśmiecha się smutno i wychodzi.

Prześwietlenie trwa szybko, jeden klik i po wszystkim. Zostaję przewieziona na salę, pielęgniarka przebiera mnie w szpitalną koszulę i wbija wenflon w wierzch mojej dłoni. Krzywię się nieco, ale po chwili już nic nie boli. Podłącza kroplówkę, reguluje przepływ i zostaję sama. Bardzo chcę zasnąć, ale dziwnie nie mogę. Ledwo utrzymuję otwarte oczy, ale sen jak na złość nie chce przyjść. Dlaczego? Czy faktycznie trzyma mnie szok po tym, co się wydarzyło?
- Kochanie... - słyszę czuły głos Justina, który wchodzi do pokoju i przysiada na łóżku. Odgarnia włosy z mojej twarzy i całuje dłoń, w której nie mam wenflonu - Dlaczego nie śpisz? Jesteś zmęczona, wyczerpana.
- Nie mogę... - odpowiadam słabo - Bardzo chce mi się pić - krzywię się, kiedy przełykam ślinę.
- Momencik - Justin podnosi się i nalewa wody do kubeczka. Przykłada go do moich ust, delikatnie unosi moją głowę i upijam parę łyków. Aż wzdycham, bo woda cudownie nawilża moje wyschnięte na wiór gardło - Lepiej?
- Tak, zdecydowanie. Dziękuję - uśmiecham się resztką sił i patrzę mu w oczy. Jest tutaj! - Tak bardzo za Tobą tęskniłam - wypowiadam te słowa niemal szeptem i czuję, że zaraz się rozpłaczę.
- Wiem, Skarbie. Ja też bardzo za Tobą tęskniłem - dotyka mojego posiniaczonego policzka i widzę ból wypisany na jego twarzy - Poruszyłem niebo i ziemię aby Cię odnaleźć, jednak nie udało mi się to. Teraz, kiedy leżysz tutaj taka zmarnowana, poobijana mam ochotę zabić tego skurwiela - zaciska szczękę i złości się - Jak mógł to zrobić? Boże... to jest chore! On jest obłąkany, trzeba go zamknąć w pokoju bez klamek!
- Nie myśl o tym - oblizuję usta i czuję pierwsze łzy na policzkach - Już po wszystkim.
- Tak bardzo się o Ciebie bałem - widzę, że i on płacze a to zdecydowanie bolesny dla mnie widok. Wystawiam dłoń, chwyta ją natychmiast i pokazuję mu aby położył się obok mnie - Zrobię Ci krzywdę, Kochanie... - kiwam przecząco głową i wreszcie układa swoje ciało obok mojego. Z trudnością przekręcam się na lewy bok, cichutki jęk bólu ucieka z moich ust, ale kiedy Justin tuli mnie do siebie, oddycham z ulgą - Moja maleńka... jesteś taka dzielna - pociera delikatnie moje plecy z góry na dół i to uczucie pozwala mi się wreszcie całkowicie odprężyć. Rozluźniam napięte mięśnie, zamykam oczy i wiem, że jestem zbyt zmęczona aby znowu je otworzyć - Śpij, musisz odpocząć.
- Nie zostawisz mnie samej? - pytam cichutko.
- Nie zostawię... nawet na sekundę. Możesz spać spokojnie, będę tutaj cały czas.
Całuje mnie w głowę, przytulam się do jego piersi i pierwszy raz od prawie tygodnia, zasypiam spokojnie...

Budzę się i docierają do mnie jakieś głosy. Nie otwieram oczu, leżę spokojnie i słucham.
- Nie wierzę, że to wszystko się wydarzyło - to tatuś! Jest tutaj - To popieprzone i nigdy nie spodziewałbym się czegoś takiego! Wpuściłem tego człowieka do mojego domu, spotykał się z moją córką! Co mu strzeliło do głowy?
- Myślę, że to tylko i wyłącznie zazdrość  - och, to Justin. Nie zostawił mnie, tak jak obiecał - Zakochał się w Cami, jednak bez wzajemności. Miałem z nim styczność kilka razy i był potwornie zazdrosny. Chciał mieć Camille tylko dla siebie, widziałem obłęd w jego oczach. Powinienem był to przewidzieć - co takiego? On mówi serio?
- Daj spokój, Justin - tata prycha z kpiną - Nie jesteś jasnowidzem! Nikt tego nie przewidział, to jest szalone! Nigdy nie powinien był tego robić i liczę, że poniesie za to odpowiednią karę. Zrobię wszystko, aby tak właśnie było.
- Prywatny detektyw już go szuka. Jak na razie bez rezultatu, ale przypuszczam, że znalazł sobie niezłą kryjówkę. Dobrze wie, że Camille uciekła i nie może pozwolić sobie aby wyjść z ukrycia. Ale spokojnie poczekamy, a na pewno popełni jakiś błąd. Wtedy to wykorzystamy. Nie wywinie się, z
apłaci za to!
Zapada chwila ciszy i myślę, czy powinnam dać im znać, że się obudziłam. Jednak czekam jeszcze i nagle słyszę głos mamy. Serce prawie podchodzi mi do gardła... moja kochana mamusia!
- Wygląda tragicznie... - mówi cicho i jej głos przesiąknięty jest ogromnym bólem - Zrobił jej potworną krzywdę, nie wierzę, że mógł być tak okrutny. To przecież dziewczyna! A on ją bił i to nie raz - mama wybucha płaczem i to łamie moje serce na kawałki - Rozumiecie to? Bił ją! Moje dziecko! Co trzeba mieć w głowie, żeby zrobić coś takiego?
- Ciii... spokojnie, jest już po wszystkim - tata uspokaja mamę, ale słyszę jak szlocha głośno.
Czuję łzy, które spływają po moich policzkach. Dociera do mnie, że oni również cierpieli kiedy zniknęłam. Umierali z niepokoju i nie wiedzieli co się ze mną dzieje. A ja zapadłam się pod ziemię razem z człowiekiem, który jest we mnie obsesyjnie zakochany. Ma jebca na punkcie mojego chłopaka i boleśnie dociera do mnie pewna przygnębiająca myśl...


Wieczorem ku mojemu zaskoczeniu, odwiedza mnie chłopak który mnie znalazł. Jestem naprawdę w szoku, ale jestem mu ogromnie wdzięczna. Wiem, że tylko dzięki niemu tutaj jestem. Gdyby pozwolił Liamowi mnie zabrać... czuję, że byłoby po wszystkim. Był wściekły i wiem, że posunąłby się do strasznych rzeczy aby mnie ukarać. Dziękuję Martinowi, bo tak na imię ma chłopak, chyba z tysiąc razy. Uśmiecha się jednak, cmoka mnie w policzek i mówi, że zrobiłby to jeszcze raz. Jest naprawdę sympatyczny i Justin również mu za to dziękuje.

Znowu przysypiam i kiedy się budzę i otwieram oczy, jest już jasno. Ziewam przeciągle, poruszam ramionami ale nadal wszystko mnie boli. Najbardziej jednak twarz, bo dostałam trzy bardzo mocne ciosy, które są świeże. Nawet boję się pomyśleć, jak teraz wyglądam. Dobrze, że nigdzie nie ma lustra, bo dostałabym zawału.
- Hej, śliczna - słyszę głos Justina i przekręcam głowę w lewą stronę - Jak się czujesz?
- Dobrze... jest lepiej, nie martw się - ściskam jego palce pocieszająco.
- Jak mam się nie martwić, skoro widzę jak wyglądasz - widzę zmartwienie na jego ślicznej twarzy.
- Zagoi się, Justin. Tydzień, dwa i będę jak nowa - posyłam mu lekki uśmiech.
- Nie udawaj, że nic się nie wydarzyło, Camille - unosi się nieco i denerwuje.
- Nie udaję... ale nie mam zamiaru wciąż o tym myśleć. Jedyne czego chcę, to zapomnieć - zaciskam usta i przekręcam głowę w prawą stronę. Gapię się na zegarek i widzę, ze dochodzi dziesiąta.
- Przepraszam, Skarbie... wybacz mi. Po prostu... - zacina się na chwilę i spoglądam na niego. Przykłada dłoń do czoła i widzę, że jest załamany - Nie masz pojęcia, jak bardzo się o Ciebie bałem. Codziennie umierałem ze zmartwienia. Czułem, że ten pojeb maczał w tym palce, bo on również zniknął. Wtedy wiedziałem, że jest źle... bardzo źle! - wpatruję się w jego oczy i nie wiem co mam powiedzieć. Owszem, było źle jednak poradziłam sobie i udobruchałam Liama. Wiem, że gdybym nie uciekła skończyłby mi się czas i Liam zrobiłby coś, czego cholernie nie chciałam - Nie wiesz co się tutaj działo, Skarbie. Wszyscy Cię szukaliśmy, nawet sąsiedzi. W mediach trąbili o tym na okrągło, ale nikt nic nie wiedział, nic nie widział. To było przerażające i ta niewiedza mnie po prostu zabijała! Bałem się, że może Cię skrzywdzić  - spuszcza głowę i robi mi się go żal - To było coś strasznego. Byłem na granicy własnej wytrzymałości, nie wiedziałem co mogę jeszcze zrobić. Policja, detektyw... kogo jeszcze miałem wynająć? - kiwa głową, ale nie chcę żeby się tym zadręczał - Sam Cię szukałem, jeździłem po okolicy, ale to na nic. Zapadłaś się jak kamień w wodę i moje serce codziennie umierało, Cami - zaciskam usta, ale chce mi się płakać na jego słowa. Widzę jak wygląda... jego oczy są zmęczona, włosy opadają mu na czoło i wygląda marnie - 
To chory człowiek, trzeba go zamknąć i nie wypuszczać.
- Wiem... - odpowiadam smutno, ale taka właśnie jest prawda. Liam musi się leczyć.
- Dzień dobry! - słyszymy nagle głos i do pokoju wchodzi lekarz - Jak się czujesz, Camille?
- W porządku. Jest dużo lepiej niż wczoraj - posyłam mu słaby uśmiech.
- Widzę - mruga okiem i sprawdza coś w karcie - Tak więc prześwietlenie wyszło dobrze. Nie masz żadnego złamania, jedynie jesteś solidnie poobijana. Zrobiliśmy też podstawowe badania, ale wszystko jest ok.
- Chcę wyjść do domu. Dzisiaj, zaraz - lekarz kręci głową, ale uśmiecha się po chwili.
- Jesteś bardzo niecierpliwa, moja droga. Jednak mogę się na to zgodzić, bo nic więcej nie możemy dla Ciebie zrobić. Podaliśmy kroplówkę, nawodniliśmy Cię solidnie, ale siniaki muszą wygoić się same.
- Więc mogę dzisiaj wyjść do domu? - od razu ta myśl podnosi mnie na duchu.
- Tak, nie widzę przeszkód. Zaraz przygotuję wypis i przepiszę maść na siniaki, dobrze?
- Jasne, dziękuję panie doktorze - uśmiecham się i jestem szczęśliwa, że mogę stąd wyjść.
- Nie ma sprawy, zaraz przyniosę wszystkie papiery - mruga i wychodzi z pokoju.
- Wracam do domu... - mówię cicho i uśmiecham się do Justina.
- Tak, wracasz. Jesteś już bezpieczna i zaopiekuję się Tobą. Nie spuszczę z Ciebie oka. Bardzo Cię kocham, Kotku - całuje mnie czule w czoło, ale ja przenoszę palce na jego brodę i kieruję go na usta. Wiem, że moja warga jest rozwalona i wcale nie będzie to łatwe, ale mam to w nosie. Kiedy tylko jego usta spotykają się z moimi, w moje ciało uderza znajome ciepło. Jestem taka szczęśliwa, że udało mi się uciec i mogę go pocałować. Tak długo na to czekałam! Przenoszę dłoń na jego kark i dociskam go do siebie jeszcze bardziej. Wsuwam język w jego usta i słyszę, jak z jego ust ucieka cichy jęk, och - Cami... nie rozpędzajmy się, dobrze? - odrywa się ode mnie i posyła mi cudowny uśmiech.
- Dlaczego? Chcę Cię pocałować, tęskniłam za Tobą - mówię smutno.
- Wiem, Skarbie... ja za Tobą też bardzo tęskniłem. Jednak masz rozwaloną wargę i naprawdę nie chcę sprawiać Ci więcej bólu, wiesz? - pyta, odgarnia włosy z mojej twarzy i przejeżdża kciukiem po policzku.
- Wiem! Ale ja chcę, Justin! - mówię naburmuszona, ale naprawdę go potrzebuję.
- Och, mała. Jesteś taka uparta - kręci głową i chichocze cichutko - No dobrze, ale w domu, tak?
- Okej, ale obiecujesz? - patrzę na niego i mocno ściskam jego dłoń.
- Obiecuję, Camille... - przytula głowę do mojego brzucha i wsuwam palce w jego włosy.

Justin pomaga mi się ubrać w ciuchy w których uciekłam. Jednak mam to w nosie, bo marzę o tym aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Wziąć ciepły prysznic, przebrać się w piżamę i położyć do własnego łóżka. Tylko tego teraz chcę i Justin widzi, że się niecierpliwię. Jednak jak na zawołanie do pokoju wchodzi lekarz, wręcza mi wypis, receptę na maść i żegnamy się uściskiem dłoni. Jest naprawdę miły. Wychodzimy ze szpitala, ale od razu dopada do nas mnóstwo paparazzi. Jestem zaskoczona i panika strzela w moje ciało. Justin ochrania mnie własnym ciałem, zakłada mi na głowę kaptur od bluzy i chowam głowę w jego ramię. Wiem, że i tak zdjęcia trafią do Internetu i wszyscy zobaczą, jak fatalnie wyglądam. Nie chcę tego, ale nic nie mogę już na to poradzić.

Przed moim domem wcale nie jest lepiej. Spoglądam na Justina z lekkim przerażeniem, a on kręci głową. Wiem, że jest zły o to, że nie dają nam spokoju. Jednak szybko wychodzimy z samochodu i raz dwa jesteśmy w klatce. Czekamy na windę, która szybko się zjawia i wjeżdżamy na górę. Justin cały czas obejmuje mnie ramieniem, a ja mocno się do niego tulę. Właśnie tego mi potrzeba, jego silnych ramion, wsparcia i otuchy. To pozwoli mi dojść do siebie.

Przekraczamy próg apartamentu i od razu dopada do nas mama z tatą. Ściskają mnie delikatnie, posyłają mi smutne uśmiechy i pytają czy jestem głodna. Jednak nie mam zbytnio apetytu i mówię tylko, że potrzebuję prysznica i odpoczynku. Justin prowadzi mnie do mojego pokoju, ale kiedy tylko tam wchodzę w moje ciało uderzają wspomnienia. Przystaję w progu i czuję łzy na policzkach... nie mogę tutaj być! Mój pokój który kochałam, sama zaprojektowałam, pomalowałam stał mi się znienawidzonym miejscem. Nie potrafię tutaj przebywać. Już nie...
- Nie chcę tutaj być... - mówię cicho i widzę lekkie zaskoczenie na twarzy Justina - Wezmę tylko ubrania i przeniosę się do drugiej sypialni - chłopak marszczy czoło i wiem, że kompletnie mnie nie rozumie.
- Dlaczego, Cami? O co chodzi? Przecież to Twój pokój - Justin opiera się o ścianę i gapi na mnie.
- Wiem... ale nienawidzę tego miejsca - wyciągam ciuchy z komody, biorę z łazienki kilka kosmetyków, ręcznik, szczoteczkę do zębów, moją ulubioną poduszkę, koc i wychodzimy z pokoju.
- Jestem zdezorientowany, wiesz? Powiesz mi o co chodzi? - pyta i obejmuje mnie troskliwie ramieniem.
- Później... teraz chcę wziąć prysznic i położyć się do łóżka. Łeb mi pęka - wchodzimy do pokoju i od razu przechodzę do łazienki. Czuję na sobie spojrzenie Justina i wiem, że jest zagubiony. Jednak przypominam sobie o Liamie, o tym do czego jeszcze może się posunąć. Chociaż bardzo nie chcę tego robić wiem, że muszę - Justin... - mówię cicho i chłopak spogląda mi w oczy - Musisz wyjechać  - od razu uchyla usta w szoku - Wróć do LA jeszcze dzisiaj, zapomnij o mnie. Proszę Cię o to... - nic nie odpowiada. Stoi zszokowany i nie wierzy w to, co właśnie do niego powiedziałam...





21 komentarzy:

  1. co?! jak moglas kasia !!!!!!! czemu ona to powiedziala????? blagam niech nie wyjezdza !!!!!! :'( dodaj szybko <3

    OdpowiedzUsuń
  2. tak za nim tęskniła a teraz kaze mu wracac ? popierdoliło ją

    OdpowiedzUsuń
  3. O nie on nie moze wyjechać ! Czekam na nastepny

    OdpowiedzUsuń
  4. Co jak mogłaś oni muszą być razem!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. Cami, co ty pierdolisz? :/ Justin nie może wyjechać!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    Buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Boze nie!!!
    On nie może wyjechać, jeeeju!:(((

    OdpowiedzUsuń
  9. No nie!! Nie wiem kiedy kolejny rozdział :(

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie wierze, że to powiedziała. Co jej odbiło !? Rozdział wspaniały <3 Czekam na nn<3

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie moze on wyjechac . Niech jako bad boy w lekkim stopnu da liamowi popalic . Niech jb sie jej oswiadczy

    OdpowiedzUsuń
  12. WHAT !!! Ona mówi ???? Świetny

    OdpowiedzUsuń
  13. Co za głupia krowa z tej Camile.Rozumiem że wiele przeszła, ale to nie wina Justina. Każąc mu wyjechać zrani go, a siebie tysiąc razy mocniej. Przecież widzi jak on się stara. Oni nie moją się rozstać. Po prostu NIE MOGĄ!!! Rewelacyjny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  14. super rozdział

    OdpowiedzUsuń
  15. O matko...boze nie oni nie moga znowu sie rozstac! Nie nie nie! Poradza sobie!

    OdpowiedzUsuń

Layout by Yassmine