08.08.2015

Rozdział 37

Gwałtownie otwieram oczy, a mój oddech szaleje. Moja klatka piersiowa unosi się szybko i opada. Gapię się w sufit, a w moje ciało uderza przerażenie. Rozglądam się, ale jestem w swojej sypialni. Kiedy wróciłem z Monaco? Przykładam dłoń do serca, a drugą przecieram czoło. Jestem spocony, dziwnie spanikowany i zdezorientowany. Co się stało? Jakim cudem się tutaj znalazłem? Podnoszę się i opuszczam nogi na dywan, opieram łokcie na kolanach i próbuję unormować mój szalejący oddech. Cholera! Czy rodzice wsypali mi jakiś środek usypiający i siłą zabrali mnie z Monaco?! Nie! Nie mogliby tego zrobić, prawda? Nie chciałem wyjeżdżać, chciałem tam z nią zostać! Być blisko, aby się nie bała. Żeby wiedziała, iż jestem obok niej i nie opuszczę jej nawet na chwilę! Nawet jeśli to zrobili, wrócę tam... jeszcze dzisiaj! Jestem wściekły, podnoszę się, ale nagle dobiega mnie czyjś śmiech. Marszczę czoło i nasłuchuję. Jednak dobrze znam ten głos i mój przed chwilą odzyskany spokój szlag trafia. Zmuszam nogi do ruchu i wychodzę z pokoju. Głos robi się wyraźniejszy i doskonale wiem do kogo należy. Zwariowałem... oszalałem i mam jakieś pieprzone zwidy! Schodzę ze schodów i kiedy tylko pojawiam się w salonie... zamieram. Dosłownie moje nogi wrastają w podłogę i czuję serce w gardle. Uchylam usta w szoku i nie wierzę w to co widzę przed sobą.
- Justin? Wszystko w porządku? - uśmiecha się szeroko i podnosi Esther z podłogi. Ubrana w białe, krótkie spodenki i krótki top, który odsłania jej płaski brzuch. Boże! A nasze dziecko? Co się z nim stało?! - Kochanie? - marszczy brwi zaskoczona, odstawia Esther i podchodzi - Co się dzieje? Jesteś blady jak ściana! - słyszę panikę w jej głosie, ale gapię się na nią jakby była duchem. A może jest? Podnoszę dłoń i dotykam jej policzka, boże! Nie znika... wciąż stoi przede mną i jest zdezorientowana - Justin... o co chodzi? Boję się! Co się z Tobą dzieje?
- Jesteś... - wypowiadam to niemal szeptem i nie mogę oderwać od niej wzroku - Żyjesz?
- Boże, Skarbie! Co Ty wygadujesz? Dlaczego miałabym nie żyć? - układa dłonie na moich ramionach.
- Liam, on... - na dźwięk jego imienia cała się spina - Był tutaj. Zabił siebie i Ciebie. Zabrał mi Cię.
- Justin, on jest zamknięty w zakładzie psychiatrycznym. Przecież to wiesz! Jest bardzo daleko stąd - kręci głową i spogląda na mnie tak, jakbym naprawdę zwariował - Dlaczego o nim mówisz? Czy coś Ci się przyśniło?

- Przyśniło? - marszczę brwi i przez chwilę się nad tym zastanawiam - Co robiłem dzisiaj? 
- Dwie godziny temu wróciłeś od Scootera. Położyłeś się na chwilę i zasnąłeś przed laptopem. 
- Boże... - upadam na kolana i chowam twarz w dłoniach. Wybucham płaczem i nie wierzę! Więc to był pieprzony sen?! Ona żyje?! Czuję jej dłonie, które odciąga i patrzę na nią. Jest w szoku i ma lekko uchylone usta. Dopadam do niej i przyciągam ją do swojego ciała. Zaciągam się zapachem jej włosów i szlocham żałośnie. Jest tutaj, czuję ją - Żyjesz, Camille - wypowiadam to między oddechami, ale przychodzi mi to z ogromną trudnością. 
- Oczywiście, że żyję. Spokojnie, Skarbie... jestem przy Tobie - głaszcze mnie czule po plecach.
- Moja kochana - uśmiecham się i uważnie skanuję jej twarz. Przejeżdżam palcami po czole, brwiach, jej słodkim nosku i ustach. Gapię się na nią, jakbym widział ją pierwszy raz w życiu. Nie dowierzam, że to tylko mi się przyśniło. Ona jest tutaj, w moich ramionach. Pochylam się i składam na jej ustach czuły pocałunek. Chwyta moje nadgarstki i bardziej się do mnie przysuwa. Tak... czuję jej słodki smak i powoli zaczynam wierzyć, że jednak nie zwariowałem. Cami wślizguje swój język w moje usta i pieści go zmysłowo, z uczuciem, delikatnie. Wsuwam palce w jej włosy i zaciskam dłonie w pięści. Ona żyje! Czuję łzy na policzkach, odsuwam się od niej i opieram czoło o jej. Trzęsę się i ciężko zapanować mi nad własnym ciałem. Przytula mnie do siebie, przeczesuje moje włosy i oddycham głęboko. Podbiega do nas Esther i wskakuje między nas. Uśmiecham się przez łzy i całuję ją w łepek - Hej, mała - merda wesoło ogonkiem. 
- Skarbie, możesz mi to wyjaśnić? Naprawdę martwię się o Ciebie. Cholernie dziwnie się zachowujesz.
- Śniłaś mi się i był to najbardziej przerażający sen, jakiego w życiu doświadczyłem - od razu na jej twarzy pojawia się zmartwienie - On Cię zabił, Cami... zastrzelił Cię! - na samo wspomnienie mam ciarki na plecach, a ona wbija się w szok - Widziałem dziurę w Twojej głowie, leżałaś w jego ramionach zakrwawiona i on również się zastrzelił - zaciska usta i kręci głową. Już widzę, jak w jej oczach wzbierają się łzy - Zabrał mi Ciebie i nasze dziecko - kiedy wypowiadam ostatnie słowo, Cami zamiera. Tępo wpatruje się we mnie i chyba nawet chce coś powiedzieć, bo jej usta lekko drgają.
- Nie bój się... z dzieckiem jest wszystko w porządku - uśmiecha się i przykłada dłoń do mojego policzka.
- W tym śnie... miałaś już większy brzuszek, wiesz? - oddycham głęboko i odsuwam jej włosy.

- To dopiero szósty tydzień. Musimy trochę poczekać, a też urośnie - mruga i nie mogę się na nią napatrzeć.
- Tak bardzo się bałem, Skarbie. To był naprawdę przerażający sen - nie wierzę, że był tak realny!

- Nie martw się, to tylko sen, Justin. Jestem tutaj i mam się dobrze - uśmiecha się delikatnie, a ja wpatruję się w nią jak zahipnotyzowany - Liam już mnie nie skrzywdzi, nie martw się. Jestem z Tobą bezpieczna. Prawda?
- Tak, jesteś - podnoszę się, pociągam ją ze sobą i mocno przytulam. Obiecuję sobie w myślach, że wynajmę ochronę na jakiś czas. Nie mogę dopuścić, aby ktokolwiek dotknął jej nawet małym palcem - Bardzo Cię kocham, Skarbie. Jesteś dla mnie najważniejsza. Zrobię dla Ciebie wszystko, wiesz? 
- Wiem, Justin - chichocze cichutko, odsuwam ją od siebie i sam uśmiecham się szeroko.
- Tak bardzo cieszę się, że jesteś bezpieczna 
- tulę ją i całuję w głowę. Moje ciało odpręża się, cały ból który czułem znika bez śladu - Moja maleńka... - szepczę cicho i kołyszę ją w swoich ramionach. 

Chwilę później biorę letni prysznic. Ogarniam się i rozbudzam z tego koszmaru. Jak to możliwe, że tak bardzo odczułem ból? Wydawało mi się, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że Liam naprawdę mi ją zabrał na zawsze. Jednak okazało się inaczej i muszę wyrzucić z głowy ten chory sen. Wzdycham, kręcę głową i wychodzę z kabiny. Zakładam tylko czarne, krótkie spodenki i wchodzę do pokoju. Znowu słyszę z dołu wesoły śmiech Camille. Bawi się z Esther i nie ma pojęcia co przeżyłem całkiem niedawno. Siadam przy laptopie i wpisuję w wyszukiwarce nazwę zakładu, w którym jest Liam. Nie zajmuje mi to dużo czasu, a już wykręcam numer. Po dwóch sygnałach słyszę miły, kobiecy głos.
- Dzień dobry. Tu szpital psychiatryczny Santa Rosa. Proszę podać numer karty.
- Witam. Oczywiście, 236435 - mówię cicho i czekam. Szpital ma specjalne karty, bez tego nie można dowiedzieć się o zdrowiu danego pacjenta. Nieupoważnionym nie można udzielać takich informacji. Numer dostałem od rodziców Camille, którzy mają go od mamy Liama. Cami chyba nawet to tym nie wie, ale może to i lepiej.

Pięć minut później wiem wszystko. Kończę połączenie, odkładam telefon i jestem dużo spokojniejszy. Nigdy nie korzystałem z tej karty, bo gówno obchodzi mnie zdrowie tego śmiecia. Nic dla mnie nie znaczy i to co zrobił Camille zasługuje na większą karę. Gdyby nie jego choroba, zamknęliby go w więzieniu, a tam z pewnością miałby dużo gorzej. Wzdycham i przecieram twarz rękami... ten telefon mnie uspokoił. Teraz wiem, że jest zamknięty na cztery spusty. Totalnie mu odjebało i od czterech dni jest w pokoju bez klamek. Białe, przyjemne pomieszczenie, wypełnione miękkim materiałem. Nic, czym można byłoby zrobić sobie krzywdę. Dowiedziałem się, że wciąż krzyczy imię Camille i jest gorzej niż na początku. Mimo, iż leki działają z Liamem wcale nie jest lepiej. Martwi mnie to i wiem, że nie mogę spuścić Cami z oka. Widzę jak odżyła. Jest uśmiechnięta, wesoła i pogodna. Chcę, aby tak zostało. Nikomu nie pozwolę na to, żeby zburzył nasz spokój. Teraz, kiedy wszystko zaczęło się układać muszę o to dbać.

- Co tak długo, misiu? - słyszę jej słodki głos, kiedy wchodzę do salonu. Siedzi na podłodze i wciąż Esther nie daje jej spokoju. Jednak rozczula mnie ten widok. Ma potargane włosy i wygląda tak beztrosko.
- Wybacz, Kochanie. Musiałem doprowadzić się na porządku - mrugam i przysiadam obok niej.
- Dobrze się czujesz? Wszystko ok? - patrzy na mnie i marszczy czoło. Wiem, że ją przestraszyłem.
- Tak, nie martw się. Po prostu byłem lekko zdezorientowany po tym śnie, ale jest już dobrze - porywam ją w swoje ramiona, układam się na dywanie i pociągam ją na swoje ciało. Uśmiecha się i pociera swoim małym noskiem o mój - Jesteś taka śliczna - odsuwam jej włosy i całuję w czoło - Więc? Chyba czas na poważa rozmowę z rodzicami, co?
- Yhym, trochę się tego obawiam. Jednak co ma być to będzie, muszę się z tym pogodzić. Prawda?
- Oczywiście! Nie jesteśmy dziećmi, Camille. Owszem... jesteśmy młodzi, ale nic z tym już nie zrobimy. Nie cofniemy czasu, zresztą... wcale bym tego nie chciał - mrugam do niej, ale przez ten sen pragnę tego dziecka jeszcze bardziej.
- Dobrze, że przylatują niedługo... stęskniłam się. No i lepiej powiedzieć im to w oczy, niż przez telefon.
- Porozmawiamy z nimi i na pewno wszystko będzie dobrze, nie martw się już. A teraz powiedz mi, co chcesz robić? 

- Może pójdziemy na lody, hmm? - mówi niepewnie i nerwowo przygryza wargę.
- Na miętowe z kawałkami czekolady? - poruszam zabawnie brwiami, a ona energicznie przytakuje głową - Dla Ciebie wszystko, maleńka. Pamiętaj o tym - mówię cicho i składam na jej ustach czuły pocałunek. 


Dzwonię po mojego ochroniarza, który idzie razem z nami. Nie wiem dlaczego, ale teraz bardziej boję się o Camille. Wiem, że nie spuszczę z niej oka nawet na chwilę. Nie wiem jeszcze jak to zrobię, ale musi być bezpieczna.
- Wiesz... - zaczyna cicho, kiedy spacerujemy alejkami obok plaży - Naprawdę mnie dzisiaj przestraszyłeś.
- Przepraszam, Skarbie... nie chciałem. Widziałem strach na Twojej buźce, wybacz. Jak się czujesz? Jak dziecko?
- Jest w porządku, z dzieckiem też. Nie martw się, wszystko pod kontrolą.
- Będziesz najlepszą mamą na świecie, Camille - przytulam ją i obejmuję ramieniem. 

- Aww... to miłe, że tak uważasz - uśmiecha się szeroko, przystaje i zarzuca ręce na moją szyję. Jest taka beztroska, wesoła... nie mam słów aby opisać, jak bardzo ją kocham - A Ty będziesz najlepszym tatusiem pod słońcem!
- Na pewno będę się starał nim być, Kwiatuszku - pochylam się i soczyście całuję ją w usta - Mmm... smakujesz miętą.
- A Ty czekoladą - oblizuje moje usta i mruczy cichutko. Hmm... dlaczego to na mnie działa?
- Idealne połączenie - poruszam brwiami, chwytam ją w talii i natychmiast owija nogi wokół moich bioder.
Mam w nosie to, że jesteśmy wśród innych ludzi. W każdej chwili mogą dopaść nas paparazzi lub moi fani. Jednak jestem najszczęśliwszym facetem na świecie i nie mam zamiaru tego ukrywać. 


Kilka dni później jedziemy na lotnisko po rodziców Camille. Czekamy na nich, a mała prawie podskakuje w miejscu z ekscytacji. Patrzę na nią i uśmiecham się szeroko. Wiem, jak bardzo tęskniła za rodzicami przez ten czas. Na pewno przeprowadzka nie będzie dla niej łatwa. Mimo wszystko cieszę się, że będzie z dala od Monaco. Myśl, że miałaby pozostać w tym mieście, blisko Liama... rozpieprza moje serce. Wiem, że sfiksowałbym bez niej. Bałbym się, że taka akcja jak w moim śnie mogłaby wydarzyć się naprawdę. Nie mogę do tego dopuścić za nic w świecie!
- Mama, tata!! - Cami krzyczy głośno i rzuca się w ich stronę. Właśnie wychodzą z pomieszczenia dla pasażerów, a Cami wpada w ramiona taty. Mocno tuli się do niego i okręca ją kilka razy. Uśmiecham się, ale to wzruszający widok - Mama... - odkleja się od ojca i przytula do mamy - Jak dobrze, że jesteście. Tak bardzo tęskniłam!
- My też, córeczko... my też - mama głaszczę ją po plecach i widzę, jak bardzo brakowało im siebie nawzajem.
- Justin - podchodzi do mnie jej tata, przytula i klepie po mięsku po plecach - Jak się masz?
- Bardzo dobrze. Cieszę się, że Państwo do nas przylecieli. Camille nie mogła się już doczekać. 

- Oj, my też! - mówi jej mama i tuli mnie do siebie - Dobrze Cię widzieć, Kochanie - obejmuję ją i zamykam oczy.

Wieczorem, kiedy siedzimy w ogrodzie i popijamy pyszne piwo, nagle odzywa się tata Cami.
- Więc... jak wam się wspólnie mieszka? - pyta i spogląda na córkę - Kiedy wracasz do domu? - ups!
- Mieszka nam się wspaniale. Justin bardzo się o mnie troszczy i nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego chłopaka - spogląda na mnie, a na jej słowa coś ściska mnie w sercu. Biorę jej dłoń i całuję wierzch - Co do powrotu... - zacina się na chwilę i nerwowo przygryza wargę - Nie prędko wrócę. Sprawy trochę się skomplikowały.
- Co masz przez to na myśli, Kochanie? - jej mama marszczy czoło i widzę, że jest zaciekawiona.
- To wyszło tak nagle, niespodziewanie. Naprawdę byliśmy zaskoczeni i nie planowaliśmy tego - mówi jak nakręcona i ogromnie się stresuje. Jednak wiem, że nie chce zawieść rodziców - Po prostu... jestem w ciąży.
- W ciąży? - spoglądam na jej mamę, która uchyla usta w szoku - Wow... nie wiem co powiedzieć.
- Cóż - jej tata chrząka i upija łyk piwa - Tego na pewno się nie spodziewaliśmy, córeczko - prycha i kręci głową. Obraca w dłoniach butelkę i myśli zawzięcie - Fakt... teraz z powrotem może być trochę ciężko. Co ze studiami?
- Chciałam przenieść papiery na uczelnię w LA. Mam czas do końca września, już się zorientowałam. 

- Jestem zaskoczona, naprawdę. Jak się czujesz, Skarbie? Który to tydzień? Rany! Jesteście tacy młodzi!
- Czuję się dobrze, chociaż trochę męczą mnie mdłości. Lekarz powiedział, że to szósty tydzień.
- Proszę się nie martwić - po raz pierwszy zabieram głos w tej rozmowie - Zrobię wszystko, aby Camille było tutaj dobrze. Doskonale Państwo wiedzą, jak bardzo ją kocham. Zaopiekuję się nią, tak samo jak dzieckiem. 

- Cieszę się, że macie do tego tak dojrzałe podejście. Jesteśmy nieco zszokowani tą wiadomością, ale takie jest życie - widzę łzy w jego oczach i Camille mocno go do siebie przytula - Twoje dobro jest dla nas najważniejsze, córeczko. Tak bardzo cieszę się, że wreszcie jesteś szczęśliwa po tym wszystkim.
- Ja też, tato... ja też - uśmiecha się smutno i ociera łzy wierzchem dłoni. 
Atmosfera niemal od razu ulega zmianie i przerzucamy się na whisky. Rozluźniam moje napięte ciało i obejmuje Cami ramieniem. Wtula się we mnie i cieszę się, że zamieszka ze mną. Kocham ją najmocniej na świecie i chcę, aby była obok mnie codziennie.
- Cześć! - słyszę nagle głos mamy, która wchodzi do ogrodu. O cholera!
- Mama? - pytam zaskoczony, ale nie spodziewałem się jej - Tata?! Co to za niespodzianka?! - krzyczę, ale cholernie się cieszę, że ich widzę. Zrywam się z krzesła i ojciec miażdży mnie w niedźwiedzim uścisku - Jezu, tato!
- No, co? Stęskniłem się za synem - szczerzy się jak wariat, a ja przewracam oczami.
- Chodźcie, przedstawię wam rodziców Camille - mama patrzy na mnie zaskoczona, kręci głową, ale nie wspominałem nic na ten temat. Wyleciało mi z głowy - To mi rodzice, Jeremy i Pattie.
- Miło nam państwa poznać - mama Camille od razu podnosi się z krzesła i przytula do mojej mamy.
Witają się ze sobą, a ja siadam obok mojej dziewczyny. Posyłamy sobie rozbawione spojrzenia, a Cami chichocze cicho. To takie dziwne. Nasi rodzice widzą się po raz pierwszy w momencie, 
kiedy tak wiele dzieje się w naszym życiu.

Wiem, że teraz będzie już tylko dobrze... 





K O N I E C 



************************************************************
No i dobrnęliśmy do końca, woohoo! 
Jak wam się podoba? ;)
Cóż... na początku plan był inny. Faktycznie miałam uśmiercić Camille i nie panowałam żadnego "snu", jednak szczerze? Sama czułam się z tym fatalnie i może to nawet głupio zabrzmi (w końcu to tylko ff) nie mogłam przez to spać w nocy! Chyba sama nie byłam gotowa na takie zakończenie, a potem wpadłam na pomysł, że to tylko sen :)
Przepraszam, że na asku odpisywałam tak nieznacznie, ale sam wiecie, że nie mogłam zdradzić mojego planu :)
Czy takie zakończenie was satysfakcjonuje? :)


Więc... czas na pożegnanie :(
Dziękuję wszystkim, którzy tutaj zaglądali, byli ze mną i komentowali. Powtarzam to za każdym razem, kiedy moje ff się kończy, ale... jesteście N A J L E P S Z E!
Dziękuję za wszystko! 
Nie żegnam się "na zawsze". Zostajemy przy TLR i DT :D

Ściskam was mocno i KOCHAM!
Kasia
♥♥♥








Layout by Yassmine